Zamknij
REKLAMA

OLIWKOWSKI: Przywoływanie ducha. Białoszewski w Inowrocławiu

11:45, 16.12.2018 | #ZawszeNaCzasie
REKLAMA
Skomentuj

W romańskiej świątyni dzieci strofowane przez "pyzatą zakonnicę” śpiewają "Dzisiaj w Betlejem”, "otomanowo tutejszy lew” ledwo mieści się w "poduchowatej jaskini”, w całym Inowrocławiu trudno znaleźć kieliszek bez podstawki, a Miron Białoszewski rusza znów na "Królówkę”.

Nie będzie przesady, jeśli powiemy, że najciekawszy literacki obraz Inowrocławia zostawił autor "Pamiętnika z powstania warszawskiego”. Tekst "Inowrocław” umieszczony w zbiorze "Zawał” jest na Kujawach dość mało znany, a szkoda, bo jego wielowymiarowość jest przykładem nowocześnie pojętego flaneuryzmu, który nie tylko określa rodzaj poruszania się w przestrzeni miasta, ale sposób prowadzenia rozważań naukowych o mieście (szerzej pisze o tym zjawisku Ewa Rewers w artykule "Ekran miasta”). Innymi słowy, to właśnie przykład Inowrocławia posłużył Mironowi Białoszewskiemu do reportażowo-poetyckiego eksperymentu, do którego dopiero dzisiaj dobijają najnowsze trendy w literaturoznawstwie – takie jak chociażby geopoetyka.

Poeta przebywał w Inowrocławiu zimą na początku roku 1975. Przechodził rekonwalescencję po zawale. W szczegółach nie tylko opisał relacje pomiędzy kuracjuszami – głównie w sanatorium przy ulicy Wilkońskiego – ale i wrażenia ze spacerów po mieście. W typowym dla siebie stylu – znanym z "Pamiętnika” tworzy zapis doświadczenia nowej przestrzeni miejskiej. Stopniowo ją obejmuje, utrwala poznawczo, kreuje mentalny rys terenu. Początkowo wieże kościołów wprowadzają poczucie chaosu – trudno wyczuć, która świątynie kopiuje styl poprzedniczki. Z czasem wyłania się narracyjna mapa. Idiolokacja. Miasto wydaje się być mieszaniną starej historii, typowego dla lat 70. absurdu (z którym radzi sobie Białoszewski za pomocą ironii) oraz codziennych błahostek (a wiadomo co potrafi z nimi robić poeta – wspomnijmy choćby łyżkę durszlakową z "Szarych eminencji zachwytu”).

Jednym z mocniej zarysowanych miejsc w tym pamiętniku-reportażu jest gmach obecnego III LO. Białoszewski dowiaduje się, że w auli "Medyka” ma odbyć się koncert Capelli Bydgostiensis – zespołu, który zaliczany był w latach 60. i 70. do najważniejszych orkiestr kameralnych w kraju. Poeta wspomina: "Dziś całe popołudnie zeszło mi na ustalaniu, gdzie jest liceum medyczne.” Do budynku przy Narutowicza 53 drogę wskazuje odźwierny w sanatorium. Białoszewski notuje: "To duże gmaszysko w stylu gimnazjalnego historycyzmu z czasów Piłsudskiego”. Oczywiście trochę się myli – twórcą gmachu byli jeszcze Niemcy. Kuracjusz konwersuje z portierką szkoły – dowiaduje się, że bilety na koncert zdobyć można w teatrze w centrum miasta.

[ZT]11020[/ZT]

Białoszewski słynie z nieoczywistych ujęć, bardzo konkretnego pozbawionego patosu i dydaktyzmu - przedstawiania rzeczywistości przy jednoczesnych zabawach słownych. Nie wchodzi nigdy głównym wejściem – i to dosłownie: okazuje się, że z powodu remontu, wejście do budynku teatru jest od zaplecza. Zna je dziś prawie każdy, kto w jakiś sposób miał kontakt z inowrocławską sceną. Znajduje się za Sanepidem od strony zaplecza biblioteki i szkoły muzycznej. To enklawa szeroko pojętej sztuki (również tej nocnej...).W 1975 roku trwa tam remont, dobudowywane są właśnie nowe części teatru. Białoszewski najpierw okrąża część starówki - "Królówka” - Rynek – dzisiejsza Kościelna (gdzieś tam wystawa szkła i zakup kieliszka) – Kościuszki – Plac Klasztorny (wtedy Plac Obrońców Pokoju) – znów teatr. Białoszewski idzie w stronę zaplecza, rejestruje: teren obniża się, facet z wiadrem wchodzi po schodkach i "otwiera drzwi z klucza”. To on informuje Białoszewskiego, że bilety będą jednak u "medyków”. W drodze powrotnej inowrocławski flaneur odkrywa "przesmyk o nazwie Przesmyk” z samymi tyłami murów.

Zbliżając się znów do obecnego III LO (zapewne obchodząc je od ulicy Sienkiewicza), zauważa, że światła w szkolnej auli są zapalone – rzecz dzieje się na początku stycznia, jest więc ciemne popołudnie. Białoszewski wchodzi na pierwsze piętro szkoły. Na wprost bocznego wejścia do auli zauważa otwarte drzwi pokoju (to dzisiejsza sala nr 17 w liceum, nota bene polonistyczna!). Zaglądając tam, autor "Donosów rzeczywistości” zauważa:"Panowie we frakach i panie w długich czarnych sukniach stroili instrumenty. W programie byli sami klasycy, najpóźniejszy Schubert.” Okazuje się później, że nie chodziło o Franza Schuberta a Zenona – chodzącego po licealnym korytarzu kompozytora, przedstawiającego się wchodzącym do auli gościom zdaniem: "Jestem kompozytor”. Białoszewski, choć świetnie orientuje się w muzyce klasycznej (daje temu wyraz w pamiętniku), interesuje się również ludźmi – zauważa w pierwszych rzędach kuracjuszy, w dalszych młodzież - najprawdopodobniej z inowrocławskiej szkoły muzycznej – i innych zaproszonych gości, wśród nich dystyngowane damy. Pan Kajetan (jest rozmówcą w trakcie większości spacerów poety) po koncercie informuje Białoszewskiego, że w Bydgoszczy i jej okolicach jest najbardziej uzdolniona muzycznie młodzież w kraju.

Wspomniany wyżej koncert to preludium w doświadczaniu miasta. Autor "Obrotów rzeczy” - zachęcony przez swego psychologa z sanatorium - odwiedza "Ruinę”. Kuracjusz Kajetan znów wciela się w rolę znawcy – z fachowością – rozmawiając z Białoszewskim - ocenia błędne decyzje konserwatorskie, określa przydatność wąskich okienek w masywach wieżowych "wybitnie obronnego kościoła”. Obaj też mają ubaw ze strofującej dzieci zakonnicy. Idąc od kościoła romańskiego w stronę centrum, opisują fasady kamienic (odczytując z nich losy rodzin) i "żarówkowe wisiory” na ulicy Królowej Jadwigi. "Na Jadwigi ciągle można coś odkrywać” - mówi Miron. Podczas innych spacerów poeta kupuje w centrum "Melancholię”Antoniego Kępińskiego (nie może dostać tej książki w Warszawie), wypija dwie mocne herbaty w restauracji naprzeciw teatru (słynna "Europa”), odwiedza z kolegą kuracjuszem sklep z aparatami, w końcu opisuje rzeźbę lwa na hotelu przy rynku. Intrygująca jest uwaga Białoszewskiego, że patrząc z perspektywy hotelu "Pod Lwem” rynek Inowrocławia wydaje się "za wąski w poprzek”. Intrygująca obserwacja, bo przecież wiadomo, że w średniowieczu był on większy i sięgał do ulicy Kościuszki. Białoszewski intuicyjnie wyczuwa więc pierwotną geometrię centrum.

Omawiany pamiętnik – rozdział "Inowrocław” - to zapis ogromu szczegółów życia miasta z połowy lat 70-tych. Od opisanych powyżej spostrzeżeń, poprzez galerię wielu typów ludzkich (np. śpiewający perkusista w długich włosach i z zadartym nosem w "Zdrojowej”, baba sugerująca po kujawsku, aby iść "durch na wprost”) i rozmowy kuracjuszy – Białoszewski przechodzi nawet do zapisu snów. Są momenty, kiedy opis Inowrocławia surrealistycznie i poetycko wykrzywia jawę (np. sen o wpatrzonych w niebo ludziach spoglądających na to jak orzeł wszczepia się w samolot). Mało tego: bywa autor "Szumów, zlepów i ciągów” autotematyczny – oglądane "rocznicowe race”:wybuchające nad ulicą Solankową, kojarzą się z Warszawą 1944.

Z ironią odnotowuje Białoszewski niepokojące kontrasty: dom, w którym mieszkał w Inowrocławiu Jan Kasprowicz w latach 1888-1889 (niestety całkiem niedawno zburzony!) odnajduje poeta w pobliżu ulicy o prawie surrealistycznej nazwie Bohaterów Ludowej Armii Koreańskiej (dziś ul. Kasztelańska). Trzeba rzecz uściślić: opisywany dom znajdował się przy ul. Waryńskiego, dziś – św. Mikołaja.
. "Niby-gotycki zameczek” (chodzi o ratusz na Roosevelta) zostaje w oczach Białoszewskiego zeszpecony nowoczesnym budynkiem, dzisiejszym biurowcem starostwa (""Tylną część zameczku rozpruli!"). Wnętrze fary psują fałszywe i zbyt współczesne śpiewy młodych dziewczyn, niepokoją przemowy harcerzy przed (rozebranym w 2018 roku) Pomnikiem Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni. Obok jednego z ulubionych miejsc Białoszewskiego – wiaduktu w Solankach ("Kładki Pakoskiej", w 1975 jeszcze drewnianej) straszy nieodległa siedziba ORMO. Te sprzeczności – dobrze ilustrujące PRL w Inowrocławiu – skłaniają w pewnych kulminacjach myślowych do zadania dziwnego pytania rozbijającego pamiętnikarską konwencję: Białoszewski lubi przyjmować perspektywę "innych, obcych, kosmitów” - zastanawia się, co pomyśleliby o ludzkości, wybierając dość przypadkowo właśnie Inowrocław.

W przededniach zakończenia turnusu w Inowrocławiu – zanim opuści budynek z "egipskimi kolumnami” - Białoszewski robi dwie rzeczy – odwiedza pawie "w wielkiej mokrej klacie” (na terenie dzisiejszej tężni) i wraz ze znajomymi z sanatorium organizuje w nocy seans spirytystyczny mający na celu wywołanie ducha Zygmunta Wilkońskiego. Prawdopodobnie bezskutecznie.

Dziś – jak duch – autor "Zawału” wyłania się w Inowrocławiu albo jedynie z tego – bliżej nieznanego – tekstu, albo w ramach lektury szkolnej. A przecież oddał miasto w sposób niesłychanie wiarygodny, z pozycji świadka, turysty, który rozpoznaje przestrzeń pierwszy raz. Bez pretensjonalnej akademickości, faktografii i encyklopedyzmu zilustrował całe spektrum doświadczenia hic et nunc. Tajemnicę wyłuskał z grzbietów kotów w Solankach , zagubienia między fajfami i szukania grejpfrutów na rynku. Jednocześnie zakreślił granice ("Kładka Pakoska" jawi się jako przejście do innego świata), zbudował kontekst (wycieczki do Bydgoszczy i Torunia), nie ominął charakterystycznych detali. Przyprawił groteską. Większość miast, w których Miron Białoszewski przebywał, upamiętniła jego osobę. Powinien go mocniej przywołać Inowrocław.

(#ZawszeNaCzasie)

Nauczyciel języka polskiego w III LO, animator kultury, perkusista. Prowadzi w Inowrocławiu dyskusyjne kluby filmowe, współorganizuje Niebieski Bieg Świadomości. Fascynat prozy Stanisława Lema (doktorat na UAM w Poznaniu) oraz średniowiecznej historii regionu (m.in. projekt Terra Incognita – wokół inowrocławskich grodzisk).

Łukasz Oliwkowski
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© ki24.info | Prawa zastrzeżone