Polski rynek aut używanych żyje sprowadzanymi pojazdami z zachodu Europy. Niemcy, Belgia, Holandia — w każdej z tych lokalizacji handlarze szukają okazji, by przywieźć do kraju coś, co kupimy z założeniem dobrego stanu. W teorii to działa znakomicie. W praktyce wiele aut sprzedawanych w Polsce ma za sobą historię, której sprzedawca nigdy nie ujawni, jeśli nie będzie do tego zmuszony. Kolizje, wymiana karoserii, lakierowanie zewnętrzne, prostowanie ramy — to wszystko zdarza się aż za często. Sam w sobie fakt naprawy nie dyskwalifikuje pojazdu. Problem zaczyna się wtedy, gdy naprawa była niedokładna, a oryginalne elementy zastąpiono tanimi zamiennikami niewiadomego pochodzenia. Wówczas auto, które wydaje się rozsądną inwestycją, okazuje się bombą zegarową — w sensie technicznym i finansowym.