W pierwszej połowie stycznia 1945 r. do Jadwigi Giełwanowskiej mieszkającej wtedy wraz z rodziną przy ul. Orłowskiej zgłosił się posłaniec od ks. Kazimierza Sojki (proboszcza parafii Zwiastowania NMP) z wiadomością, że w budynku szkoły przy ul. Staszica znajdują się dzieci potrzebujące pomocy. Udała się tam wraz ze swą siostrą Heleną. Był tam tymczasowy lazaret pełen rannych niemieckich żołnierzy pochodzących ze Śląska i z krajów bałtyckich oraz kilku Polaków.
Przygotowując się do ewakuacji Niemcy pozostawili rannych praktycznie bez opieki. Na poustawianych w szkolnych salach łóżkach leżeli zarówno żywi, jak i zmarli, panował niesamowity zaduch. Siostry Giełwanowskie wraz z kilkoma innymi Polkami, m.in. Janiną Jabłońską -Górną przez kilka dni sprawowały opiekę medyczną i przygotowywały skromne posiłki. Kierowała nimi H. Giełwanowska.
::news{"type":"see-also","item":"1789"}
Gdy do miasta wkroczyła Armia Czerwona (ACz) sytuacja rannych i ich opiekunek radykalnie się zmieniła. Najprawdopodobniej 22 lub 23 stycznia do lazaretu przyszli żołnierze ACz pytając personel, kim są i posądzając kobiety o sympatie do Niemców. Pytania zadawali mierząc do kobiet z broni automatycznej. Opuścili lazaret, gdy kobiety obiecały, że przygotują sale dla rannych radzieckich i polskich żołnierzy. Sale były gotowe w następnych dniach, ale żołnierze radzieccy przychodzący tam co dnia zgłaszali pretensje, że ,,pokoje dla polskich rannych są lepiej wyposażone, bo są w nich jakieś stoliki”. Kilka dni polski i rosyjski personel razem leczył rannych wzajemnie się obserwując. Rosjanie odnosili się do Polaków z nieufnością i niechęcią. Od 24-25 stycznia do przedwojennego Publicznego Szpitala Powiatowego przy ul. NMP dowożono rannych żołnierzy radzieckich. Działał tam personel medyczny jednego ze szpitali polowych ACz, ale brakowało podstawowych sprzętów, lekarstw a głównie miejsc.
Wkrótce w lazarecie na ul. Staszica pojawił się oficer ACz żądając natychmiastowego usunięcia Niemców. W razie niewykonania polecenia zagroził ich rozstrzelaniem a Polkom wcieleniem do ACz (!) w charakterze sanitariuszek i odesłaniem na front. Polki zlekceważyły te groźby. Kilka dni później, nad ranem (w nocy szkoła była zamykana, zostawali tylko pacjenci) J. Giełwanowska zauważyła brak rannych Niemców w salach na pierwszym piętrze. Na dziedzińcu szkolnym stały dwa wozy konne wypełnione trupami. Stwierdziła, że są to zwłoki Niemców z lazaretu w liczbie 20-25. Na strychu budynku znajdowali się ci, którzy przeżyli. Od nich dowiedziała się, że w późnych godzinach wieczornych pod szkołę podjechały dwa pojazdy, z których wysiadło kilku żołnierzy ACz. Od mieszkającego w pobliżu przedwojennego woźnego Jana Staszaka zażądali jej otwarcia. Po wejściu udali się na pierwsze piętro. Tam wchodząc do kolejnych sal zabijali rannych Niemców pojedynczymi strzałami z broni palnej. Niektórych pytali po rosyjsku ,,Chacziesz ty w gołowu ili w sierdce ?” Część rannych widząc, co się dzieje, uciekła schodami na strych budynku ratując życie. Dokonana zbrodnia wstrząsnęła kobietami ,,Nigdy bym nie przypuszczała, że będę płakać z powodu krzywd wyrządzonym Niemcom”- powiedziała później H. Giełwanowska. Obawiając się dalszych zbrodni zmobilizowała tych, co przeżyli i umieściła ich w budynku szkoły rolniczej znajdującej się u zbiegu ul. Studziennej i św. Mikołaja. Tam opiekę medyczną sprawował nad nimi personel uruchomionego już szpitala z ul. NMP. Kilkunastu tych, którzy przeżyli zobaczyła jeszcze raz w kościele św. Mikołaja, tuż przed świętami Wielkanocy (1- 2 kwietnia).
Nie wiadomo, z jakich jednostek pochodzili zabójcy, być może z tych, które wkroczyły świtem 21 stycznia do miasta. Przez dwa następne tygodnie nie istniała ani polska administracja ani MO. Nikt więc nie próbował ustalić sprawców mordu, nie mówiąc o ich ściganiu. Nie wiemy także, co stało się ze zwłokami. Uwzględniając znane okoliczności można dokonanie zbrodni datować na okres 27 stycznia - 10 lutego 1945 r. Do momentu uruchomienia działalności szkoły (5 marca) w lazarecie przebywali wyłącznie radzieccy ranni.
Zbrodnia na długo była tajemnicą, do 1956 r. wielu Polaków zostało skazanych na kary więzienia za rozpowszechnianie wiedzy o zbrodniach komunizmu. Na szczęście siostry Giełwanowskie podzieliły się nią z zaufanymi osobami, do których należeli dziadkowie autora tego tekstu.
Tekst: Mirosław Pietrzyk